Teoria kolorów to zbiór zasad używanych do stworzenia harmonicznej kombinacji kolorów (czyli żeby wszystko pasowało). Do jej wizualizacji wykorzystuje się koło kolorów wynalezione przez... Izaaka Newtona(to dopiero był geniusz).
Klasyczne schematy: - jeden kolor (monochromatic) - pewien wycinek koła (analogous), który daje nam przyległe kolory. Jeden (środkowy) jest używany jako główny kolor - reszta służy wzbogaceniu. - dwa kolory(complementary) - komplementarnie, czyli znajdujące się naprzeciw siebie - trzy kolory - trójkąt wpisany w koło - cztery - kwadrat wpisany w koło.
Takie schematy wyróżnia się przy zastosowaniu teorii koła. W przypadku trójkąta i kwadratu wskazanym jest pewien zakres koloru (prawie jak w analogous tylko dużo mniejsze)
Pewna uwaga: koło kolorów nie bierze pod uwage odcieni. To znaczy wg tej teorii jasny zielony z fioletowym pasuje tak jak ciemny zielony z fioletem.
No cóż, wakacje się skończyły. Czas zabierać się do pracy. Teraz przyszło mi na dokształcanie się w kwestii typografii. Wcześniej nawet nie do końca wiedziałam co to jest (co i dziwne nie jest, bo definicja w Wikipedii porażająca tez nie jest), ale powoli.
Typografia to ogólnie sposób zapisu informacji w taki sposób by był jak najlepiej czytelny. Głównym celem tej dziedziny nauki jest, aby czytelnik na pierwszy rzut oka wręcz wiedział czy ten tekst opłaca mu się czytać czy nie. A jeśli tak to maksymalnie uprzyjemnić mu tę sprawę. Stąd powstały pewne sprawdzone wytyczne jak to robić, aby dobrze się czytało.
Mówi się, że podczas optymalizacji typografii to optymalizacji: usability (funkcjonalność, użyteczność), accessibility(dostępność) i readability(czytelność). Poniżej przedstawię pokrótce najważniejsze z nich.
1. Measure (miara) - czyli ilość znaków w jednej linii. Okazuje się że dla tekstu pisanego jednokolumnowo powinno być 40-80 znaków (razem ze spacjami) w jednej linii. 65 to idealnie.
2. leading - odstęp między kolejnymi wierszami, fachowo: interlinia. Czasem wraz z rozmiarem czcionki nazywana wysokością linii. Dobra reguła to 2-5 pt więcej niż ma czcionka którą piszemy. Przykładowo dla 12 pt dobre będzie 15 lub 16 pt(wysokości).
3. hanging quotes/punctuation - tłumacząc na polski "wiszące cudzysłowia/wypunktowania". A chodzi po prostu o to, żeby wszelkie znaki interpunkcyjne (także wypunktowania) były poza główną kolumną (niejako wystawały poza kolumnę).
4. Widows and Orphans. Widows (nie mylić z Windows!!) to słowo lub linia na końcu lub początku paragrafu. Orphans jest tym samym tylko, że na końcu kolumny. A chodzi o to, aby nie było pojedynczego wyrazu w ostatniej linijce paragrafu (widow) ani pojedynczej linii gdy rozpoczynamy nową kolumnę.
5. Clean rags - to zakończenia kolejnych wierszy w przypadku, gdy tekst nie jest justowany. Ważna rzecz polega na tym, aby pilnować żeby zbytnio nie różniły się między sobą kolejne linijki w paragrafie pod względem długości, bo takie coś wygląda dziwnie:
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Nam eleifend mauris vel nibh interdum molestie. Nulla facilisi. Pellentesque commodo elit imperdiet erat luctus at porttitor lacus luctus. Sed mi massa, gravida vitae faucibus ac, lacinia ac nunc. Curabitur sagittis varius lacinia. Phasellus iaculis justo non velit vulputate id fermentum neque ultricies.
6. Emphasis (nacisk) - to niepotrzebne podkreślanie wyrazów. Polega to na tym, że w trakcie tekstu zwykłego (jaki ja teraz próbuję stworzyć) umieścimy jakieś WAŻNE SŁOWO w ten właśnie sposób (a niektórzy jeszcze podkreślenie dodają). Wystarczy użyć jeden stopień wyżej podkreślenie a nie wszystko co się da. Na tej stronie możecie znaleźć dokładny opis hierarchii podkreślania słowa: http://www.markboulton.co.uk/
7. rozmiar czcionki - raczej logiczna sprawa. Warto jednak wziąć jeszcze pod uwagę dla kogo ta strona jest kierowana (np. dla osób starszych lepsza byłaby nieco większa czcionka). Zazwyczaj lepiej żeby litery były troszkę za duże niż za małe (patrząc na tendencje dzisiejszego Internetu).
8. traktowanie tekstu jako UI - co to znaczy? To np linki w kolorze niebieskim, zróżnicowanie kolorów na stronie (z rozwagą!!), itp.
9. Warto zwrócić uwagę na np. wyrównanie do siatki, przejrzeć nagłówki, które zostały juz sprawdzone przez społeczność Internetu (Headlines for typography) Dla zainteresowanych polecam odnośniki na wikipedii (po wpisaniu "typografia") oraz stronę anglojęzyczną webtypography.net
A tak na marginesie. Wiecie skąd tekst Lorem ipsum...? Jest to zwyczajowy tekst używany w Internecie jako okreslenie: "Tu jest jakiś tekst". Jeżeli chcecie wiedzieć historię czy w ogóle coś więcej (tekstu) to odsyłam do Googla :)
Miałem ostatnio okazję obejrzeć znowu Kompanię Braci - genialny serial, gratka dla takiego amatora Drugiej Wojny Światowej jak ja. Gdy przypominałem sobie losy kompanii E, odżyły też wspomnienia o źródłach moich fascynacji: liczne książki z biblioteki ojca oraz... Medal of Honor :-). W tytuł grałem ten dość długo, łącznie z multiplayerem i pamiętam, że niestety gra ta jak na dzisiejsze czasy mocno ustępuje innym pozycjom pod względem grafiki czy chociażby samej grywalności. Już w roku wydania recenzent w CD-Action (zauroczony MoHem) narzekał na przytłaczające skrypciarstwo i nierówny poziom trudności. Zatem nie ma do czego wracać.
Ale po Medal of Honor serca graczy zaczęła podbijać seria Call of Duty. W jedynkę grałem - zaczęło się świetnie, od zrzutu spadochronowego nad Normandią. Pamiętam dobrze pierwszy etap, sprawiał wrażenie otwartego. Gracz spadał w pobliżu gospodarstwa, obok była polana, wokół, wśród grzmiących dział przeciwlotniczych, lądowali koledzy - "świat" był otwarty. Potem niestety temp spadło, a misje strony radzieckiej - nuda. (no, może poza pierwszą: jeden karabin przypadał na dwóch żołnierzy, drugi czekał aż padnie pierwszy. Zgadnijcie czy gracz był na początku uzbrojony, hehe).
Mój duch pragnął wtopić się całkiem w klimat serialu, przeżyć pierwsze dni inwazji i strzelać do Niemców. MoH:Pacific Assault który przeszedłem parę lat temu zraził mnie do tej serii, a była to ostatnia odsłona jaka wyszła na peceta. Zajrzałem więc do wikipedii, aby dowiedzieć się nieco więcej na temat CoD4, o którym wcześniej hucznie było na forach. Zawiedziony już samym podtytułem "modern warfare", skoczyłem pod trójkę - której nie wydano na blaszaki. Zatem padło na CoD2.
A prawdę mówiąc, najpierw dowiedziałem się, że można tanio dostać toto w MediaMarkcie (thx Pejo), a potem przeprowadziłem powyższą rozkminę :P
CoD2 powitał mnie tym, czym zawiódł mnie w pierwszej części: kampanią radziecką polegającą głównie na bieganiu po zrujnowanym mieście (tu: Stalingrad). Rozgrywka jest nadal taka sama jak w klasycznym FPSie, nie ma tu wielkiej filozofii - chociaż są różnice, mam wrażenie że wynikające z konsolowych korzeni tytułu. Po pierwsze nie można zapisać gry w dowolnym momencie. Po drugie nie ma paska zdrowia. Gdy dostajemy kulkę ekran zachodzi czerwonym kolorem. Jeśli nadal będziemy pod celnym ostrzałem, to koniec - wczytuje się ostatni chceckpoint.
Czy na pewno koniec? Prawdę mówiąc, nie było to takie uciążliwe. Są one dość często ustawione, nie pamiętam, żebym był zmuszany do przechodzenia jeszcze raz dłuższego fragmentu.
Co poza tym ciekawego? Koniec z one-man army, najwyżej dwie pukawki naraz (+granaty, również dymne)., chociaż najczęściej biegałem tylko z MP40. Granat dymny to bardzo przyjemna zabawka i mocno wpływa na rozgrywkę. Dym jest niewiarygodnie obfity i gęsty, nie wpływa też na nasze zdrowie; nic tylko wrzucić taki granat pod gniazdo MG42 po czym wbiec w szare kłęby plując przed siebie ciągłym ogniem =).
Szok od eksplozji - no cóż, to już było i nie robiło takiego wrażenia jak za pierwszym razem.
Po wyparci Niemiaszków ze Stalingradu wskakujemy w skórę Brytola. Ku mojemu rozczarowaniu (mimo wszystko najbardziej mnie zawsze fascynował front zachodni) niestety jesteśmy w gorącej Afryce. Może to nie powód samego umiejscowienia, w końcu MoH:AA zaczynał się od misjii w Afryce, które były świetne, ale... czegoś po prostu brakowało. Pruło się do kolejnych Szwabów i nie było w tym żadnego dreszczyku emocji. Pejo się ekscytował, że walka cały czas toczy się razem z całym oddziałem, że jest zerwana konwencja jednoosobowej armii. Prawdę mówiąc, nie zauważyłem tego. Jasne, są koledzy wozacko przeskakujący murki, czasem rzucą granat dymny, ale ich obecność zauważa się dopiero wtedy, gdy wróg atakuje z kilku stron. Odrzucają granaty i utrzymują wroga na odległość. Ale takie etapy były dwa czy trzy, reszta - to szarża naprzód na kolejne umocnione pozycje wroga, gdzie koledzy zostają z tyłu i są prawie niezauważalni.
Wracając do Afryki - czekają nas tam etapy zmechanizowane, pokierujemy lekkim pojazdem opancerzonym, a potem również czołgiem w jednej z licznych pancernych potyczek. To miła odskocznia od rutyny. Potem wreszcie rozpoczyna się kampania amerykańska, desantem na Pointe du Hoc. Utrzymanie przyczółka to było wyzwanie, parokrotnie wczytywałem checkpointy, było naprawdę gorąco. Zaraz potem było zdobywanie i obrona wzgórza 400. To właśnie te dwa etapy najbardziej zapamiętałem z całej gry, one najbardziej błyszczały.
Muzyka jest w sumie podobna do tej z Kompanii Broci - wzniosła, powolna, ale nie pasuje tutaj. W serialu, gdzie poznawaliśmy myśli żołnierzy, ich rozterki, wątpliwości i problemy, faktycznie kreowany był patetyczny klimat. W grze - no co z tego, że każdy z kumpli ma swoje nazwisko. Nie o to chodzi, nie tego zresztą chyba od FPSa się oczekuje. Oczywiście, wzniosłe tony gdy przybywa wsparcie "w ostatniej chwili" pasują jak najbardziej. Ale można by nieco bardziej zróżnicować muzykę, bo większość misji nie była tak heroiczna jak sugerowałaby to muzyka.
Grafika - na początku trochę raziła, spodziewałem się czegoś więcej po tytule wydanym w 2005 (zwłaszcza mając w pamięci Prey'a). Plansze były czasem w dziwny sposóbzbyt sterylne i puste. Przeszkadzały wszechobecne ograniczenia. Jednak generalnie nie było źle, chociaż czasami miałem wrażenie, że znowu gram w MoH:AA.
Podsumowując - rozgrywka nieco repetatywna, grafika znośna, muzyka nie na miejscu, a do tego kilka etapów, które naprawdę podnoszą adrenalinę. Poza tym gra bardzo krótka - przebiegłem ją w kilka wieczorów. Trochę się zawiodłem, zwłaszcza za cenę 37 złotych. Liczyłem na coś na poziomie Prey'a: zwiodła mnie "sławna" seria, znany developer i zachęcająca cena.